Cudownie zleciał mi dzień dzisiejszy :D
Co prawda wstać o 4.30 było ciężko, jadąc do pracy usypiałam na stojąco, a gdy dotarłam okazało się, że 15 minut na mrozie welcome, bo firma zamknięta, a koleś, który ją otwiera zaspał .^.'
ALE mimo to, czas w pracy leciał cudownie szybko, był wyjątkowy spokój, bo chyba wszyscy na hurra dzisiaj do roboty przyszli, więc połączenia nie wskakiwały jeden po drugim... no i dostałam kwiatka na Dzień Kobiet :D Gdy o 15.00 wyszłam słońce świeciło tak, że poczułam się jakby była 12.00 w południe, od razu człowiekowi żyć się chce.
No i jutro wolne, bo cały dzień zajęć mam.
Wypada o pracy mojej uroczej napisać cokolwiek. Powiem tak, źle nie jest, ale łatwe, miłe i przyjemne zajęcie to też nie bardzo. Ludzie najwyraźniej nie rozumieją, że na infolinii pracują osoby, które mają pomóc, a nie które należy zrównać z ziemią za niewiadomo co. Naturalnie trafiają się uprzejmi i wyrozumiali klienci, ale są też tacy, którzy drą mordy od początku do końca obwiniając nas za to, że nie działa im telefon komórkowy, z którym my nie mamy nic wspólnego. No trudno.
Jeśli chodzi o godziny pracy... zdecydowanie najlepiej zostaje mi się do północy. Wtedy siedzi nas w pracy łącznie góra 10 osób, są luzy, nie ma kretyna, który ciągle się drze "WRACAĆ NA LINIĘ OBIBOKI!!!!" i ogólnie jest całkiem przyjemnie.
Ah... Jeśli jeszcze jakaś kolejna nieogarnięta, pokrzywdzona przez los i jakże nieszczęśliwa istota zacznie mi mówić, jak to wszystkie kary na nią idą, bo pracuje i studiuje zaocznie... niech spróbuje pracować i studiować dziennie. I nie pracować po marne 8 godzin dziennie, ale po 10, od 7.00 rano w górę, wstawać o 4.30, żeby zdążyć wszystko zrobić i dojechać do pracy na drugi koniec miasta, o ile nie ma za dużo w dupie i podjęłaby się pracy w miejscu, do którego jedzie się dłużej niż 10 minut tramwajem.
Nadal chcesz się nad sobą użalać? Śmiało, z pewnością nikt nie jest tak nieszczęśliwy jak ty.
A tak optymistyczniej to mi nie przeszkadza to wstawanie i kwitnięcie tam. Już polubiłam pracę, jakkolwiek upierdliwa by nie była.
A teraz z serii "byłam w kinie i obejrzałam dno dna", czyli AVATAR. Jak INE kocham, czegoś tak żałosnego dawno nie widziałam. Myślałam, że "GAMER" to najnowsza porażka kinematografii, ale jednak się myliłam. "AVATAR" przebił wszystko.
Po pierwsze nie jest to film na 3D, raz za szybkie akcje, dwa, na Boga, to trwa 3 GODZINY!!! Oczy mi wypływają.
Po drugie, fabuła. Doprawdy, Hollywood stacza się. To już nie jest dno. To jest plankton.
Po trzecie - ukochana głównego bohatera. Cały czas modliłam się, żeby to zwierzę jakimś cudem zginęło, bo tylko to dałoby tej porażce filmowej jakiegoś plusa. Niestety, smerfetka w wersji pokracznej przeżyła, a ja straciłam wiarę we wszystko.
Efekty specjalne - jak na te miliony, które zostały włożone w film szału nie ma.
I perełka tego gówna - relacje między bohaterami i ich zmieniające się w tempie ekspresowym zdanie. Doprawdy, zastanawiam się, za co ten film dostał nagrody. Pytam ZA CO?
No i w sumie tyle jeśli chodzi o dzisiaj.